Niektóre rzeczy w życiu można zmienić. Z innymi można się tylko zaprzyjaźnić

Chęć, o której pisałem w poprzedniej części, pcha naprzód. Akceptacja godzi z tym, co jest już za nami. To dwie różne prace, choć obie prowadzą w tym samym kierunku – ku życiu, które nie jest ani wieczną ucieczką od przeszłości, ani wiecznym oczekiwaniem na przyszłość. Po raz pierwszy w tej serii piszę o emocji, która nie każe nic robić. Każe tylko przestać robić jedną rzecz: walczyć z tym, co się już wydarzyło.
Hawkins umieszcza akceptację na poziomie 350. To ważny próg – dopiero stąd, jak twierdził, człowiek zaczyna naprawdę być architektem własnego życia, a nie jego ofiarą albo obrońcą. Nie dlatego, że wcześniej nie miał wpływu. Dlatego, że wcześniej większość jego energii szła na opór wobec tego, czego i tak nie mógł zmienić.
Czym akceptacja nie jest
Zanim powiem, czym akceptacja jest, muszę odrzucić trzy jej podróbki, z którymi bywa mylona. Pierwsza to rezygnacja – bierne poddanie się, „i tak nic nie zmienię, więc po co próbować”. Druga to pasywność – ogólne wycofanie z działania, zasłonięte słowem, które brzmi szlachetnie. Trzecia, najbardziej podstępna, to aprobata – przekonanie, że akceptować coś znaczy się z tym zgadzać, uważać to za dobre, słuszne, sprawiedliwe. Żadna z tych trzech rzeczy nie jest akceptacją. Akceptacja nie mówi „to jest dobre”. Mówi tylko „to się stało”. Nic więcej. I to „nic więcej” jest bardzo trudne do wypowiedzenia bez cichego dodawania czegoś od siebie.
Boecjusz w celi śmierci

Jeśli szukać patrona tej emocji, trudno o lepszego kandydata niż Anicjusz Manliusz Sewerynus Boecjusz – rzymski filozof z przełomu V i VI wieku, oskarżony niesłusznie o zdradę i skazany na śmierć. W celi, czekając na egzekucję, napisał „O pocieszeniu, jakie daje filozofia” – traktat, w którym uosobiona Filozofia tłumaczy mu, że Fortuna, bogini losu, z natury obraca swoim kołem, wynosząc i strącając ludzi bez żadnej złośliwości ani sprawiedliwości – po prostu dlatego, że taka jest jej natura.
„Skarżysz się, że utraciłeś dobra, których nigdy naprawdę nie posiadałeś. Fortuna niczego ci nie odebrała, bo niczego nie dała na własność.”
— Boecjusz, O pocieszeniu, jakie daje filozofia
To, co uderza w tym tekście, napisanym przez człowieka dosłownie czekającego na śmierć, to zupełny brak rozpaczy w jego tonie. Boecjusz nie udaje, że jego sytuacja jest dobra. Po prostu przestaje walczyć z faktem, którego nie może zmienić, i w tej ciszy znajduje przestrzeń, w której wciąż jest wolny – nie w sensie fizycznym, lecz w sensie tego, jak myśli o tym, co go spotkało.
Epiktet i granica wpływu
Sto lat wcześniej podobną mapę rzeczywistości narysował Epiktet, sam były niewolnik, który resztę życia poświęcił nauczaniu filozofii stoickiej. Jego myśl da się streścić w jednym zdaniu, które wraca do mnie za każdym razem, gdy łapię się na złości wobec czegoś, na co nie mam wpływu.
„Są rzeczy, które od nas zależą, i rzeczy, które od nas nie zależą. Szczęście i wolność zaczynają się od jasnego zrozumienia tej różnicy.”
— Epiktet, Encheiridion

Pogoda nie zależy ode mnie – akceptuję. Decyzje innych ludzi nie zależą ode mnie – akceptuję. Moja przeszłość już nie zależy ode mnie – akceptuję. Co dziś zrobię, gdy wstanę rano – to zależy. Tu zaczyna się przestrzeń wyboru. Reszta jest tłem, z którym warto być w pokoju, zamiast prowadzić z nim wojnę, której nie da się wygrać.
Przykład z życia – wypowiedzenie po piętnastu latach
Przypomina mi się historia kobiety, którą znałem. Pracowała przez piętnaście lat w jednej firmie, awansowała, budowała karierę. Pewnego dnia, w wieku czterdziestu dwóch lat, dostała wypowiedzenie – restrukturyzacja, nic osobistego. Przez pierwsze tygodnie była wściekła. Pisała maile, dzwoniła, szukała winnych. Potem przyszła faza targowania – może gdyby zgodziła się na niższą pensję, gdyby przeszła do innego działu. Potem długie miesiące apatii. Spotkałem ją po pół roku w kawiarni. Nie wyglądała już ani na wściekłą, ani na apatyczną. Powiedziała mi tylko: „Wiesz, dotarło do mnie, że to się stało. Po prostu się stało. I że mogę albo dalej kręcić się wokół tego wydarzenia, albo zacząć od nowa.” Trzy lata później prowadzi własną firmę. Mniejszą, mniej prestiżową, ale – jak mówi – swoją.
I to jest może najtrudniejsza cecha akceptacji: musi się wydarzyć bez gwarancji. Bez obietnicy, że potem będzie lepiej. Bez perspektywy, że to wszystko miało sens. Człowiek, który akceptuje dopiero wtedy, gdy widzi, do czego to prowadzi – tak naprawdę nie akceptuje. Akceptuje rezultat. Prawdziwa akceptacja jest wcześniej, w samym środku ciemności, kiedy jeszcze nic nie wiadomo.
Akceptacja z własnego doświadczenia

Piszę to również z własnej perspektywy. Około dziesięciu lat temu, gdy pracowałem za granicą, ktoś ukradł mi samochód. Stało się to wieczorem, na kilka godzin przed porannym wylotem do Polski — fatalny moment, jaki tylko mógł się trafić. Pierwsza reakcja była dokładnie taka, jakiej można by się spodziewać: zdenerwowanie, złość, to znajome uczucie „dlaczego akurat teraz, dlaczego akurat mnie”. Trwało to jednak bardzo krótko. Zanim zdążyłem się w tym nakręcić, przyszła pełna akceptacja tego, co się wydarzyło. Samochodu już nie było. Nic, co mogłem poczuć czy pomyśleć w tamtej chwili, nie miało mocy tego odwrócić.
Zadzwoniłem na policję, żeby zgłosić kradzież. Zrobiłem to już w pełnym spokoju nie dlatego, że sytuacja była błaha, gdyż auto planowałem sprzedać a pieniądze zainwestować w coś innego. Strata była więc bardzo realna. Ale dlatego, że przyjąłem fakt takim, jaki był, bez dokładania do niego oceny, bez pytania „za co mnie to spotkało”, bez szukania winnych poza tym, kto rzeczywiście ukradł samochód. Rozmowa z policjantem, formalności, zmiana planów na dni po powrocie — wszystko to załatwiłem sprawnie, bo cała energia, która w innym scenariuszu poszłaby na wewnętrzną wojnę z faktem dokonanym, była wolna i gotowa do wykorzystania tam, gdzie faktycznie mogła się przydać.
Następnego dnia, gdy spotkałem w Polsce rodzinę i znajomych i opowiadałem im, co się stało, wszyscy dziwili się jednym: że robię to bez cienia emocji w głosie. Dla nich to była opowieść o kradzieży. Dla mnie — zamknięty rozdział, o którym mówiłem tak samo spokojnie, jak o pogodzie tamtego dnia. Nie dlatego, że mnie to nie dotyczyło. Dlatego, że w chwili, w której to się wydarzyło, już postanowiłem, że nie będę nosił tego zdarzenia dłużej, niż to konieczne.
Dlaczego kultura ma z tym kłopot
Nasza kultura ma z akceptacją kłopot. Karmi nas opowieściami o ludziach, którzy „nie poddali się losowi”, „walczyli do końca”, „nigdy się nie zgodzili na to, co przyniosło im życie”. Walka jest narracyjnie atrakcyjna – ma bohatera, ma przeciwnika, ma napięcie. Akceptacja jest cicha. Nie da się z niej zrobić filmu akcji. A jednak to ona, znacznie częściej niż walka, decyduje o tym, czy człowiek jest w stanie żyć w zgodzie ze sobą. Ludzie, którzy całe życie walczą z tym, czego zmienić nie mogą – ze swoim wzrostem, ze swoim pochodzeniem, ze swoją historią, z rodzicami takimi, jacy byli – zużywają na tę walkę pokłady energii, której potem brakuje im na to, co naprawdę mogliby zmienić.
Zakończenie
Jak rozpoznać u siebie autentyczną akceptację, odróżnić ją od jej trzech podróbek? Rezygnacja jest zmęczona i pusta w środku. Pasywność jest wycofaniem, które boi się nawet spróbować. Aprobata jest zaprzeczeniem tego, co naprawdę czujesz, w imię bycia „dobrym człowiekiem”. Prawdziwa akceptacja ma inny ciężar – jest spokojna, ale nie martwa. Nie udaje, że coś jest dobre, kiedy nie jest. Po prostu przestaje toczyć wojnę, której i tak nie da się wygrać, żeby móc skierować siły tam, gdzie jeszcze coś zależy od Ciebie.
Pytania do refleksji
Czy moja energia idzie w walkę z tym, co już się stało, czy w to, co dopiero tworzę? Z faktami się nie walczy – przeszłości się nie da odmienić, choćbym przy niej został w myślach na całe lata. Akceptacja kończy ten bezsensowny dialog z tym, co było, i uwalnia siłę, której potrzebuję, by świadomie kształtować to, co przede mną. Bo przyszłości się nie zwalcza. Przyszłość się tworzy.
Które z trzech podróbek akceptacji – rezygnację, pasywność czy aprobatę – najczęściej mylisz z prawdziwą akceptacją we własnym życiu?
Gdzie dokładnie przebiega dziś granica między tym, co od Ciebie zależy, a tym, co już nie – i czy poświęcasz na obie strony proporcjonalną ilość energii?
Co by się zmieniło, gdybyś przestał/a czekać na dowód, że to, co się wydarzyło, miało sens, zanim pozwolisz sobie iść dalej?
Warto zapamiętać zdanie otwierające ten artykuł.
Niektóre rzeczy w życiu można zmienić. Z innymi można się tylko zaprzyjaźnić.
Grzegorz L Smoliga
Uwaga:
Postaci na grafikach 2 i 4 są wygenerowane przez AI. Wszelkie podobieństwo do osób żywych jest przypadkowe. Na grafice 5 jest celowe.
instytut noble, akceptacja artykuł, emocje które nami rządzą, skala świadomości hawkinsa, poziom 350 hawkins, spokój wewnętrzny, stoicyzm, rozwój osobisty
