„Cieszę się, bo dostałem awans. Cieszę się, bo świeci słońce. Cieszę się, bo powiedziałeś mi coś miłego”. Każda z tych radości ma swoją datę ważności – trwa dokładnie tyle, ile trwa jej powód. Awans można stracić, słońce zajdzie, miłe słowo się zapomni. Jest jednak inny rodzaj radości, o którym mówili mistycy wszystkich tradycji – radość, która nie czeka na żaden powód, bo sama jest powodem. Nie „cieszę się, bo”, tylko po prostu – jestem radosny.

Czym jest Radość na skali świadomości?

W skali dr. Davida R. Hawkinsa Radość zajmuje poziom 540 – wyżej niż Miłość (500). To różnica subtelna, ale istotna: Miłość wciąż bywa skierowana na kogoś lub coś, nawet jeśli bezwarunkowo. Radość na tym poziomie przestaje potrzebować obiektu. Staje się stanem samego istnienia, niezależnym od okoliczności zewnętrznych – Hawkins opisuje go jako łagodne, stałe uczucie błogości, towarzyszące świętym, uzdrowicielom i ludziom o głęboko rozwiniętej współczującej świadomości. To poziom, na którym nawet cierpienie nie jest w stanie zgasić wewnętrznego światła – bo ono nie zależy od tego, co się dzieje na zewnątrz.

 

Emocje które nami rządzą cz. XIV – Miłość

 

Przykład z życia

Kilka lat temu podjąłem decyzję, która brzmi banalnie prosto, a zmieniła sposób, w jaki przeżywam każdy dzień: postanowiłem, że jestem szczęśliwy. Nie „będę szczęśliwy, gdy…” – po prostu jestem, tu i teraz, bez warunku. Każdego ranka, otwierając oczy, mam dokładnie ten sam wybór, co wszyscy: mogę wstać i powiedzieć sobie, że dzień zapowiada się źle, że jestem zmęczony, że coś mnie boli albo coś poszło nie tak. Albo mogę wstać i powiedzieć – jestem szczęśliwy. Obie opcje kosztują dokładnie tyle samo. Różnica jest tylko taka, że jedna buduje dzień, a druga go z góry rujnuje, zanim jeszcze cokolwiek się wydarzyło. Od lat mówię to ludziom wprost, gdy pytają, jak to robię, że pogoda, korki czy cudze humory mnie nie ruszają: to nie jest kwestia szczęścia, które przychodzi z zewnątrz. To codzienna, świadoma decyzja, powtarzana tak długo, aż stała się nawykiem równie naturalnym jak oddychanie.

Komentarz kulturowo-filozoficzny

Ta codzienna decyzja to w gruncie rzeczy stosowanie w praktyce jednej z najstarszych zasad stoicyzmu. Epiktet, sam będąc niewolnikiem, a więc człowiekiem z realnie ograniczoną wolnością zewnętrzną, sformułował myśl, która przetrwała dwa tysiące lat: to nie same wydarzenia nas poruszają, lecz nasze osądy na ich temat. Pogoda za oknem, opinia innych, przebieg dnia – to wszystko należy do sfery, nad którą nie mamy pełnej kontroli. Jedyne, co zawsze pozostaje w naszej mocy, to nastawienie, z jakim to przyjmujemy. Epiktet twierdził, że właśnie w tym jednym, wąskim, ale absolutnie niezbywalnym obszarze wyboru mieści się cała ludzka wolność – i cała możliwa radość.

Baruch Spinoza w swojej Etyce rozróżniał laetitia (radość) jako przejście duszy ku większej doskonałości, i uważał, że najwyższą formą radości jest amor Dei intellectualis – intelektualna miłość do Boga, rozumianego jako sama Natura. Ta radość, twierdził Spinoza, jest jedyną trwałą, bo nie zależy od fortuny ani od rzeczy zewnętrznych, które są ulotne z definicji. Kto wiąże swoją radość z tym, co przemija, skazuje się na cierpienie, gdy to przeminie.

Fryderyk Nietzsche poszedł inną drogą, ale doszedł do podobnego wniosku. W Wiedzy radosnej i w idei amor fati – miłości do losu – proponował afirmację całego życia, łącznie z jego bólem, stratą i tragedią, nie pomimo nich, lecz razem z nimi. Jego test wiecznego powrotu pytał: czy zaakceptowałbyś przeżycie tego samego życia, z każdym jego cierpieniem, nieskończoną ilość razy? Nietzscheańska radość dionizyjska nie jest ucieczką od bólu istnienia – jest jego pełnym przyjęciem.

Epikur, wbrew powszechnemu uproszczeniu jego filozofii do hedonizmu, uczył czegoś bliższego prostocie niż rozpuście. Prawdziwa radość, twierdził, rodzi się z ataraksji – spokoju ducha wolnego od niepotrzebnych pragnień i lęków, nie z nagromadzenia przyjemności. Człowiek, który potrzebuje coraz więcej bodźców, by poczuć radość, oddala się od niej, a nie do niej zbliża.

G.K. Chesterton napisał w Ortodoksji zdanie, które można uznać za motto tego poziomu świadomości: radość jest ogromnym sekretem, którym trzeba się dzielić ostrożnie, bo świat zbyt łatwo bierze powagę za coś głębszego niż wesołość, podczas gdy to właśnie radość jest najtrudniejsza do udźwignięcia i najbliższa temu, co boskie. Dla Chestertona smutek i cynizm są łatwe – prawdziwym wyzwaniem duchowym jest radość niewymuszona niczym z zewnątrz.

Thich Nhat Hanh, wietnamski mistrz zen, uczył wreszcie czegoś bardzo praktycznego: radość nie jest nagrodą czekającą w przyszłości, lecz czymś dostępnym w tym oddechu, w tym kroku, w tej właśnie chwili – pod warunkiem, że jest się w niej naprawdę obecnym. Jego całą praktykę uważności można streścić w jednym zdaniu: radość i cierpienie nie są sobie przeciwne, tylko splecione – a obecność pozwala dostrzec radość nawet pośrodku cierpienia.

Pytanie do siebie

Czy potrafisz odnaleźć w sobie radość, zanim cokolwiek na zewnątrz da ci ku temu powód?

Radość, która czeka na powód, jest gościem. Radość, która nie potrzebuje powodu, jest domem, do którego zawsze można wrócić.

Uwaga

Grafiki są wygenerowane przez AI. Wszelkie podobieństwo do osób żywych jest przypadkowe.

Grzegorz Smoliga


instytut noble, radość artykuł, emocje które nami rządzą, skala świadomości hawkinsa, poziom 540 hawkins, stoicyzm, szczęście, rozwój osobisty


Sklep szamanskibeben.pl