IRN: Witaj ponownie Kuba! Podczas naszej ostatniej rozmowy dowiedzieliśmy się, że jesteś osobą, która uwielbia podróże i jest to jedna z wielu Twoich życiowych pasji. Powiedz nam skąd się u Ciebie wzięło to zainteresowanie?  

Lazarus: Moje zainteresowanie podróżami wzięło się od literatury podróżniczej. Jednym z najważniejszych, jakie zrobiły na mnie wrażenie była biografia Beara Gryllsa. Podobnie urzekła mnie książka  Martyny Wojciechowskiej „Przesunąć horyzont”. Ona również opowiadała o wspinaczce na Mont Everest. Książka Marka Kamińskiego w której opisuje zdobywanie dwóch biegunów w ciągu jednego roku, samemu oraz z Jaśkiem Melą. Aleksander Doba jako jedyny człowiek na świecie przepłynął o własnych siłach kajakiem cały ocean. Piotr Kuryło który obiegł jako jedyny kulę ziemską. To były postaci które mega mi imponowały, a ja zbierałem o nich informacje i zakodowałem sobie w podświadomości, że tak  można i ja chcę tak żyć.

IRN: Dużo ludzi czyta książki podróżnicze ale nie robi tego co Ty. W czym te książki Ci pomogły? Twoje życie uległo bardzo dużej transformacji. Można powiedzieć, że po ich przeczytaniu, po prostu wstałeś i poszedłeś sobie nad morze.

Lazarus: Była to jakaś potrzeba przygody, zrobienia czegoś innego niż wszyscy. Wydaje mi się, że mam w sobie jakiś pierwiastek pioniera i muszę dawać temu upust.

IRN: Załóżmy, że odczuwałeś silną potrzebę zrobienia czegoś niestandardowego, ekstremalnego. Czy najpierw prowadziłeś jakieś przygotowania?  Miałeś np. ułożone jakieś plany treningowe etc.? Ile czasu upłynęło od pomysłu do realizacji? Czy ktoś Ci w tym pomagał?

Lazarus: To było tak. Gdzieś w moim sercu zakiełkował pomysł, aby iść gdzieś pieszo. Stwierdziłem, że pójdę sobie „z buta” nad morze. Taki był plan. Następnie pojawiła się myśl, żeby to był Gdańsk, gdyż dobrze mi się kojarzył. W końcu kiedyś było to Wolne Miasto! I ja chciałem poczuć tę Wolność! Taka była idea. Później była to spontaniczna decyzja. Spakowałem plecak i po prostu wyszedłem z domu prosto nad morze. Nie było to poprzedzone żadnymi fizycznymi ani logistycznymi przygotowaniami. A rzeczy wziąłem więcej niż było mi potrzeba.

Pierwsza wyprawa się udała i byłem gotowy na kolejne, które były bardziej zaplanowane pod każdym względem. Było też dodanie kolejnych wartości jakim były cele charytatywne, wolontariat. Było to dodatkową satysfakcją i samo z siebie napędzało mnie do dalszego działania.

IRN: Twoją pierwszą wyprawą był marsz nad morze. Zaznaczmy naszym czytelnikom, że Twoim rodzinnym miastem jest Radomsko, skąd za każdym (prawie każdym) razem wyruszałeś w swoją podróż. Cały czas próbujemy sobie to wyobrazić, jak to możliwe, że w dzisiejszych czasach, po prostu wstałeś i wyszedłeś z domu? Zapewne wielu naszych czytelników chciałoby czegoś takiego spróbować, ale powstrzymuje ich wiele różnych zobowiązań np. rodzina, szkoła, praca, finanse? Czy nie jest to przeszkodą, która blokuje tego typu marzenia? 

Lazarus: Pierwsza wyprawa odbyła się w wakacje, wystartowałem 10 lipca 2014 r. To kluczowa dla mnie data bo zmieniło się wiele rzeczy w moim postrzeganiu  świata, jak i w moim charakterze. Zyskałem pewność siebie i spokój. Od tego momentu wiedziałem, że zawsze można sobie poradzić w każdej sytuacji. Traktuję to jako moje drugie narodziny.

Zatem były to wakacje, ale nie miało to dla mnie kluczowego znaczenia. Byłem już po szkole średniej, jeszcze przed studiami. Do tej pory tak jest, że wszystkie wyprawy odbywają się zwykle w okresie wakacyjnym.

Jeśli chodzi o rodzinę to zawsze miałem u nich wsparcie. Tylko pierwsza wyprawa nad morze wydała im się wariackim pomysłem ale tak czy inaczej wspierali mnie w mojej decyzji oraz akceptowali moje życiowe wybory.

W kwestii finansowej, to myślę, że jest to coś co każdy jest w stanie udźwignąć. Są to podróże realizowane najniższym kosztem. Natomiast może nie każdy jest w stanie udźwignąć konsekwencję tego najniższego kosztu (uśmiech).

Wyprawy charytatywne były wspierane przez mój sztab, który organizował mi noclegi, rozsyłał po różnych miejscach (hotelach, hostelach, gospodarstwach agroturystycznych, po sołtysach wsi) informację, że taka wyprawa ma miejsce jaki jest jej cel, o co walczymy i czy ktoś chciałby mnie wesprzeć oferując nocleg. Inaczej było z podróżami prywatnymi, gdyż wiązało się to ze spaniem w namiocie albo pod gołym niebem. Kiedy szedłem nad morze to namiotu ze sobą nie brałem, tylko jakąś plandekę na wypadek deszczu. Użyłem jej tylko jeden raz. Większość nocy przesypiałem w lesie, na czyimś polu etc., patrząc w gwiazdy, leżąc na karimacie, będąc w śpiworze. Było też tak, że spałem w różnych pustostanach, na opuszczonych przystankach autobusowych w środku lasu. Ogólnie były to miejsca, które nadawały się aby spędzić tam noc.  Myślę, że to jest coś, na co nie każdy byłby w stanie się zdobyć. Tzn. niektórzy mają już swoje utarte standardy i nie chcieli by schodzić poniżej tego, natomiast dla mnie było to miejsce gdzie miałem spędzić noc i rano wyruszyć w dalszą podróż. Prawdą jest to, że im bardziej było dziko, tym mam lepsze wspomnienia (uśmiech). Zdarzało się, że obudził mnie w nocy jeleń, innymi razy pasące się na polanach łanie, a jeszcze innym razem właściciel pola, który je akurat kosił (uśmiech). Jest co wspominać i o czym opowiadać. Dlatego dla jednych będzie to coś nie do pomyślenia natomiast dla mnie była to dodatkowa atrakcja. Myślę, że z takim nastawieniem należy podejść do tego typu wypraw.

IRN: Pięknie się tego słucha i aż by się samemu chciało (tak skrycie) wybrać w taką niezapomnianą podróż. Czyli zatem ma to znaczenie, że twoje wyprawy odbywają się w wakacje? Nasi czytelnicy gdyby chcieli dokonywać takich wojaży mogliby to robić w okresie urlopu? Nie musieliby porzucać pracy?

Lazarus: Czasami jest tak, że gdy wyprawa staje się priorytetem, to zmuszony jestem porzucić pracę aby zrealizować swój cel. Jak miałem 21 lat to mogło to wydawać się fajną spontaniczną decyzją. W tym momencie mam lat 27 i społeczeństwo traktuje to jako lekkomyślność. Póki co skutecznie bronię się przed jakimiś większymi zobowiązaniami. Nie jestem jeszcze niewolnikiem swojego życia. Na szczęście! Chociaż w niektórych kwestiach myślę, że trochę jestem (uśmiech).

IRN: Zabrzmiało to, jakbyś zamierzał być później większym niewolnikiem?

Lazarus: Jeśli chce się „zbudować coś swojego”, to najczęściej staje się to również naszą kotwicą. Staram się znaleźć jakiś kompromis, żeby ciągle się realizować, a jednak nie tworzyć sobie takich ograniczeń. Wychodzi różnie, ale raczej na plus.

IRN: Co byś polecił naszym czytelnikom, jeśli ktoś chciałby w ten sposób kosztować życia? Czym byś ich zachęcił?

Lazarus: Zachęciłbym ich tym, że zmienia się całkowicie perspektywa, spojrzenie na życie po takich doświadczeniach. Zdecydowanie lepiej się patrzy na wszystko, z dużo większym spokojem, dystansem. Kwestia podjęcia decyzji jest zależna tylko od nas, nikt tego za nas nie zrobi. Dopiero samodzielne podjęcie decyzji i wykonanie tego sprawia, że jest to doświadczenie najbardziej wartościowe.

IRN: Ważna wskazówka aby podejmować samodzielnie decyzję i być za nie odpowiedzialnym. A teraz opowiedz nam jak to jest z tymi wartościami dodanymi. Wiemy, że każde kolejne podróże były związane z akcją charytatywną, pomocą dla jednostki oraz różnych instytucji. Nie chciałeś już robić tego tylko dla siebie?

Lazarus: Nie do końca każde. W tym momencie jest pół na pół. Mam na koncie trzy wyprawy połączone z charytatywnymi zbiórkami pieniędzy oraz trzy i pół wyprawy zupełnie prywatne. Kiedy wróciłem znad morza po drodze zainteresowało się tym parę osób. Szedłem sobie wtedy z plecakiem na którym miałem wielki karton z napisem „idę nad morze”. Mocno się to rzucało w oczy. Ktoś zrobił zdjęcie i wrzucił do sieci. Również wśród znajomych był to popularny temat (uśmiech). Finalnie zainteresowała się tym lokalna prasa, pisząc kilka artykułów na portalach informacyjnych. Ktoś ze znajomych powiedział, że była to fajna akcja ale mógłbym to połączyć ze zbiórką pieniędzy na chore dzieci lub coś w tym stylu.

Zostało mi to w głowie i gdy rok później organizowałem kolejną wyprawę (bieg z Radomska w Bieszczady, na szczyt Tarnicy) wtedy już chciałem połączyć to z akcją charytatywną. Nawiązałem kontakt ze stowarzyszeniem „Koniczynka”, które opiekuje się osobami niepełnosprawnymi i działa w moim mieście. W tamtym momencie Koniczynka remontowała centrum rehabilitacji. Stwierdziłem, że połączymy siły i w ten sposób mój bieg wesprze zbiórkę pieniędzy na remont centrum.

Byłem wtedy zupełnie nowy w temacie tego typu przedsięwzięć. Cała akcja nie była kasowym sukcesem, ale było to przetarcie szlaków. Miało to miejsce w sierpniu 2015 r. i mimo zebrania małej kwoty, było jednak zebraniem sporego doświadczenia. Pół roku później na przełomie stycznia i lutego również z Koniczynką zrobiłem wyprawę „Z buta na Rysy”, kiedy to w warunkach zimowych postanowiłem wspiąć się na najwyższy szczyt Polski z poziomu morza.

Ruszyłem wtedy zimą marszobiegiem z plaży Brzeźno w Gdańsku, do której to dwa lata wcześniej doszedłem marszem. Po trzech tygodniach marszobiegu udało się zameldować na szczycie Rysów (trasa obejmowała 700 km z wejściem na szczyt). Wtedy również zbiórka dotyczyła zebrania pieniędzy na ten sam cel, ukończenie remontu centrum rehabilitacji. Udało się to już w znacznie większym stopniu bo zebraliśmy łącznie kilkanaście tysięcy złotych. Uważam, że był to sukces finansowy i marketingowy.

Zyskałem sporą wiedzę i doświadczenie, jak organizować tego typu wyprawy pod względem logistyki, kontaktu z mediami, organizowania noclegów – to wszystko trzeba było opanować. Zebrać sztab pomocnych ludzi i przygotować się fizycznie by podołać zadaniu. Wyspecjalizowałem sobie trening na długie dystanse biegowe. Był to już znacznie większy wysiłek dla organizmu niż pierwszy marsz, który był spacerkiem.

IRN: Zapewne musiałeś mieć silną motywację? Wiesz może czym była ona spowodowana? Zauważyliśmy. że każde kolejne wyzwanie jakie sobie stawiasz, jest coraz trudniejsze.

Lazarus: Zapewne odzywał się wtedy ten pierwiastek pioniera. Ludzie już biegali z Gdańska w Tatry. Natomiast nikt wcześniej nie zrobił tego zimą i dlatego taki obrałem cel. Chciałem zrobić coś, czego wcześniej nikt nie dokonał. Ponowny cel przyświecał mi rok później, kiedy to realizowałem największe przedsięwzięcie czyli „Walka Życia”.

Był to marszobieg dookoła Polski latem 2017 r., gdzie codziennie pokonywałem dystans około maratonu, połączony był on jeszcze z pojedynkiem bokserskim. W październiku 2016 r. kolega z pracy doznał udaru i potrzebował kosztownej rehabilitacji. To był zapalnik, to był mój cel. Widziałem wcześniej, czego chcę dokonać, a teraz wiedziałem już dla kogo. Chciałem dokonać czegoś czego jeszcze nikt nie dokonał, jednocześnie połączyć to z moją największą pasją czyli boksem. Były już wcześniej biegi dookoła Polski, dlatego dodałem element sportu walki. Było to dużym problemem, bo trzeba było w pobliżu mojego noclegu znaleźć zawodnika, który chciałby stoczyć taki sparing. Z drugiej strony była to największa zaleta takiego przedsięwzięcia. Zaangażowanie tych klubów bokserskich lub innych sztuk walki, bo nie wszędzie był boks, czasami było to karate, Kick boxing, zapasy etc. Zaangażowanie tych klubów sprawiło, że zainteresowały się tym lokalne społeczności i media. Dzięki temu cała akcja nabierała coraz większego rozpędu. Powtarzam to często, było mnóstwo przeszkód logistycznych w tym wyzwaniu, ale jeszcze większym było wyzwanie kondycyjne. Ostatecznie wszystko się udało, pokonałem 2300 km w 60 dni, ale nie obyło się bez kontuzji. Z kontuzjami zmagałem się jeszcze wiele miesięcy później.

IRN: Może powiedz coś więcej o tych kontuzjach, jednak jest to poważna sprawa. Tak się poświęcać kosztem zdrowia? Zrobiłbyś to ponownie, gdybyś wiedział o skutkach?

Lazarus: Bez dwóch zdań! Zrobiłbym to raz jeszcze, mimo świadomości co się później działo. Jeśli chodzi o kontuzje to miałem zapalenie ścięgien Achillesa, spore bóle pleców i kolan. Tak naprawdę problemy z Achillesami zaczęły się już od biegu w Bieszczady, nie wyleczyłem ich do końca.

Uniemożliwiło mi to aktywność fizyczną, musiałem zrobić sobie dłuższą przerwę. Wróciłem do sportu po jakimś czasie, ale najtrudniej było z bieganiem. Dopiero 2 lata po „Walce Życia” udało mi się wznowić treningi biegowe. Od niedawna zacząłem biegać codziennie i sprawia mi to wielką radość.

IRN: Powiedz nam z ciekawości, wśród tych wszystkich Twoich dokonań, ekstremalnych wypraw, czy wydarzyło się coś szczególnego co zapadło Ci w pamięć?

Lazarus: Cechą charakterystyczną, która była wspólna dla każdej wyprawy i za każdym razem wprawiała mnie w wielki zachwyt to dobro, które się otrzymuje od ludzi. Kiedy tylko otworzysz się do ludzi i dajesz dobrą energię, to momentalnie ta dobra energia do ciebie wraca.  Jakieś usterki sprzętu, awarie, udawało się naprawić dzięki przypadkowo poznanym osobom. Ludzie zapraszali mnie do siebie w gościnę, czy to na noclegi czy na posiłek, gdzie nawet nie musiałem się o to specjalnie starać. Po prostu to się zdarzało. To jest cecha każdej z tych wypraw i jest to coś niesamowitego. Można naładować się mocno jeśli chodzi o wiarę w społeczeństwo.

IRN: Super, mało kto widzi, że jeszcze w ludziach jest sporo dobra. Zazwyczaj mamy tendencję do tego by oceniać ludzi negatywnie i generalizować, że wszyscy są zapatrzeni tylko w samych siebie. Ale gdy otworzymy swoje serca i damy coś od siebie, nie ma innej możliwości przyciągniemy do siebie samo dobro. Wiemy, że twoją pasją jest boks, ten sport jest Ci bliski. Słyszeliśmy nawet, że chciałbyś zostać trenerem boksu.

Lazarus: Dawno temu zapisałem się na treningi sportów walki, zaczęło się od muay thai w 2009 r. Moje życie mocno się zmieniło od tego momentu, jeśli chodzi o samopoczucie i idee spędzania wolnego czasu. W 2013 roku przekwalifikowałem się na boks i od tego czasu w tym boksie zostałem. Jest to mój konik po prostu, mój ulubiony sport. Jedyny który uprawiam w większym stopniu poza bieganiem. Plany na bycie trenerem już udało mi się zrealizować. Założyłem sekcję w akademiku dla studentów, gdzie mieszkałem. Prowadziłem taki wolontariat. Później udało mi się dostać pracę jako trener boksu w Częstochowie w Akademii Ruchu, gdzie mam swoją grupę, a oprócz tego poszerzyłem jeszcze swój trening o capoeira. W tym momencie jest przerwa wakacyjna, ale od września wracam i będziemy się mocno rozwijać. Od pewnego czasu bardziej skupiam się na rozwoju jako szkoleniowiec niż zawodnik. Uznałem, że mam większy dryg do przekazywania wiedzy i do prowadzenia innych. Ale dalej jestem też aktywny w swoim treningu i robię dużo rzeczy dla siebie.

IRN:  Super, że jesteś trenerem i że wciąż dbasz o swoją formę i spełniasz się w tym co kochasz! Gratulacje! Rozmawiając z Tobą można odnieść wrażenie, że jesteś „człowiekiem orkiestrą”, człowiekiem o wielu zainteresowaniach. W każdą swoją aktywność wkładasz dużo energii i zaangażowania. Wszystko czego się dotkniesz jest na wysokim poziomie. Podchodzisz do tego profesjonalnie. Fascynuje nas fenomen Twojego organizmu, jego regeneracji przy takich wysiłkach. Dla nas Twoje wyczyny są po prostu niewykonalne (uśmiech).

Lazarus: Nie zgodzę się, że wszystko jest na takim wysokim poziomie. Interesuję się wieloma rzeczami, nie ograniczam się. Jest takie powiedzenie: „jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego”, ale ja się z tym absolutnie nie zgadzam. Owszem, interesuję się wieloma rzeczami, ale nie we wszystkim osiągam poziom, powiedzmy, zadowalający. Wiele rzeczy próbowałem i zamierzam próbować dalej bez zamiaru osiągnięcia jakiegoś poziomu reprezentatywnego. Mam kilka pasji, które traktuję naprawdę priorytetowo i je staram się rozwijać na wysokim poziomie. Ale pozostałe są takie, że jestem w nich laikiem.

IRN: Tak, zauważyliśmy, że pomimo wszystkiego co robisz jesteś skromny. To cecha której brakuje dzisiaj ludziom. Dominują raczej celebryci mający parcie na szkło.

Lazarus: Jeśli chodzi o regenerację to nie jestem żadnym niesamowitym przykładem regeneracji bo miałem już wiele razy serdecznie dosyć. Myślę, że jest dużo ludzi, którzy fizycznie byliby znacznie lepiej przygotowani do przedsięwzięć, które ja sobie wziąłem za cel i znieść je dużo lepiej i z mniejszym wyniszczeniem organizmu. Ale – zrobiłem to! Kwestia regeneracji nie była kluczowa, ja pomimo tego, że organizm nie był zregenerowany po prostu robiłem swoje. Myślę, że to raczej jest taka niewrażliwość na przeciwności.

Nie znałem jeszcze praw rządzących rzeczywistością, a jednak je wykorzystywałem. Wizualizowałem sobie realizację swoich planów i potem się to manifestowało. Mówiąc krótko, nieświadomie rozgryzłem kod matrixa.

IRN: Fajnie, że rozgryzłeś prawo przyciągania. Masz tyle ciekawych historii i doświadczeń. Może kiedyś napisałbyś książkę i wszystko fajnie złączył w jedną całość, a być może nawet wydał ją w naszym wydawnictwie IRN. Z tego co się orientujemy planujesz również rozgryzać tajniki podróży astralnych. Czy chcesz nam zdradzić coś więcej?

Lazarus: Zaintrygowaliście mnie tymi planami wydawniczymi. Zobaczymy, co będzie w przyszłości, kto wie…  Jeśli chodzi o astrala to tak, szczątkowe doznania nakierowały mnie na dalszy rozwój duchowy. Jeśli chodzi o motywację to wiem, że muszę wykorzystać tego rodzaju aktywność, by dostać się do piramid, potem będą kolejne kroki.

IRN: Niesamowite, że od rapu, przez boks do piramid. To intrygująca mieszanka. Życzymy Ci abyś wszędzie mógł spełniać swoje pasje i marzenia. Było nam bardzo miło prowadzić z Tobą rozmowę i mamy nadzieję spotkać się z Tobą ponownie. Czekamy na wieści dotyczące kosmicznego planu. Może chcesz na koniec coś powiedzieć od siebie?

Lazarus: Tak, chętnie!

Moje plany podróżnicze jeszcze się nie zakończyły, a kwestia astrala otwiera nowe możliwości podróżnicze. Ze swojej strony mogę jedynie zachęcić, by każdy tego spróbował, bo sama droga jest celem. Taka podróż uczy nas więcej o sobie samym.

 

 

 

A tutaj część pierwsza wywiadu z Lazarusem:

 

Z Lazarusem rozmawiali:

Robert Noble & EosCris