Przez szesnaście artykułów przeszliśmy od Wstydu do Spokoju, jakby to była droga – punkt A, punkt B, kolejne przystanki na trasie. To wygodny sposób opowiadania, ale nieprawdziwy. Prawda jest inna i bardziej niepokojąca: żaden z tych poziomów nigdzie nie „czekał”, aż do niego dojdziemy. Wstyd, Duma, Rozum, Miłość, Spokój – wszystkie mieszkają w nas już teraz, jednocześnie, cały czas. Nie wędrujemy przez nie. Odsłaniamy dostęp do tych, które już tam są. A ten artykuł, ostatni w cyklu, jest o tym, co dzieje się, gdy znika już samo rozróżnienie – i dlaczego właśnie dlatego jest najtrudniejszy do napisania ze wszystkich.

Trzy warstwy dostępu
Różnica między człowiekiem pogrążonym w Apatii a mistykiem żyjącym w Spokoju nie polega na tym, że ten drugi „dotarł” gdzieś, dokąd pierwszy jeszcze nie doszedł. Polega na tym, komu z tego wewnętrznego zestawu pozwalają na co dzień decydować. Większość z nas funkcjonuje tak, że jeden lub dwa poziomy przejmują stery – najczęściej nieświadomie, zaprogramowane przez dzieciństwo, kulturę, powtarzane schematy reagowania – i to one, a nie my, odpowiadają za większość naszych wyborów. Gniew odzywa się w korku. Wstyd odzywa się przy rozbieraniu na plaży. Duma odzywa się, gdy ktoś nas krytykuje. Rzadko to wybieramy. Częściej to nas wybiera.
Są jednak stany, do których musimy sobie przypominać drogę krok po kroku – jak opisywałem choćby przy Radości, gdzie codzienna, świadoma decyzja z czasem stała się nawykiem. To nie jest odkrywanie czegoś nowego. To przypominanie sobie czegoś, co już tam było, tylko zakurzone i zapomniane pod warstwą reakcji, które przejęły kontrolę wcześniej.
I są wreszcie stany, które pozostają w strefie, do której docierają tylko nieliczni – Rozum w pełnej klarowności, Miłość bez żadnego „bo”, i to, o czym mowa poniżej. Nie dlatego, że są zarezerwowane dla wybranych z urodzenia, ale dlatego że dotarcie do nich wymaga odsunięcia tak wielu warstw nawyku, że większość ludzi nigdy się na tę pracę nie zdecyduje – albo nie ma ku temu warunków, czasu, wsparcia. To nie jest kwestia zasługiwania. To kwestia tego, ile hałasu trzeba wyciszyć, żeby usłyszeć to, co i tak już gra.
Czym jest (i czym nie jest) Oświecenie

Skala dr. Davida R. Hawkinsa kończy się poziomem 700 i wyżej, obejmując zakres aż do 1000 – który Hawkins przypisuje jedynie największym postaciom duchowym w historii ludzkości. Ale tu trzeba być bardzo precyzyjnym: Oświecenie nie jest siedemnastym stanem, dokładającym się do szesnastu poprzednich. Jest zniknięciem tego, kto miałby cokolwiek „mieć” albo „osiągnąć”. Zanika rozróżnienie na obserwatora i obserwowane, na poziom niższy i wyższy, na kogoś, kto „doszedł” i kogoś, kto jeszcze „idzie”. Nie ma już nikogo, kto mógłby powiedzieć „jestem oświecony” – a jeśli ktoś to mówi, jest to najpewniejszy dowód, że nim nie jest, bo samo to zdanie zakłada istnienie „kogoś”, kto by nim był.
Refleksja zamiast filozofii
Nie będę tu przywoływał myślicieli ani cytował mistyków, bo każdy cytat o Oświeceniu jest już tylko mapą, a nie terytorium. Powiem tylko tyle: jeśli czujesz, że powyższe akapity są niewystarczające, że coś w nich umyka – masz całkowitą rację. Tak właśnie musi być. Nie stajemy się kimś nowym, przechodząc przez te siedemnaście poziomów. Przypominamy sobie, kim byliśmy, zanim nauczono nas, że trzeba to wszystko zapomnieć.
O tym poziomie można powiedzieć tylko jedno: nie da się go opisać. Można go jedynie poczuć – a kto twierdzi inaczej, najprawdopodobniej go nie zna.
Grzegorz L Smoliga
Grzegorz L. Smoliga, instytut noble, oświecenie artykuł, emocje które nami rządzą, skala świadomości hawkinsa, poziom 1000 hawkins, świadomość, mistyka, rozwój osobisty